Do Boga, który uwesela młodość moją
poniedziałek, 23 czerwca 2008
Gdy nie wierzę w Boga

Co się dzieje, gdy to wszystko związane z kościołem, wiarą, samym Bogiem przyprawia mnie o jeszcze większe poczucie beznadziei, niż moja nędzna egzystencja?

Dlaczego wielu z nas prędzej czy później wątpi, o ile pokłada ufność w swojej przenikliwości i intelekcie?

Wiara w Boga wydaje się być naiwnym poszukiwaniem wytłumaczenia sensu wszechistnienia, którego i tak nie znajduje poza wrażeniem, że to wszystko to jest tylko mydlenie oczu.

Bo przecież jak, dla współczesnego świadomego człowieka, w erze gdy ciemnogród zakończył swój złoty wiek, istnienie Boga, jako postaci dobrodusznej, rządzącej ludzkim losem, zawieszonej gdzieś tam w "niebie" nie ma byc tylko zestawem bajek, czy mitów, dla mniej oświeconych od niego ludzi?

To powątpiewanie jest w pełni uzasadnione. Nie widzę, nie dotknąłem, to dlaczego mam wierzyć, tym bardziej w tak nieprawdopodobne rzeczy. Człowieknie chce okazać się ostatnim naiwnym głupcem. Nie tyle przed innymi, co przed samym sobą.

Trudno jest uwierzyć w Boga, który rządzi światem gdzieś tam w kosmosie, jest wieczny, wszechmocny, jak jakiś czarodziej. Nic dziwnego, że wielu z nas wkłada tę sferę między bajki.

Przypatrzmy się natomiast innym zjawiskom w naszym życiu, takim jak miłość, współczucie, wzajemna atrakcyjność, wzruszenie wobec rzeczy subiektywnie pięknych, czy samo postrzeganie piękna. Nie potrafimy powiedzieć czym są i dlaczego tak się dzieje. Czy one same w sobie też nie są trochę naiwne. Owszem, może i są. To, że podoba mi się dziewczyna - nie rozumiem tego i pomimo wszelkich dowodów naukowych na temat reakcji chemicznych mózgu, nie potrafię wyjaśnić DLACZEGO tak czuję. Bo jaki w tym jest sens? Chodzi o sex? No dobrze, a bez wzajemnej atrakcyjności nie dałoby rady inaczej tego zorganizować? Po co ta cała ceremonia? dlaczego dwie osoby poptrzebują wykonywać względem siebie tyle czynności, żeby osiągnąć spełnienie. Jeżeli nie robimy to w celu prokreacyjnym, to dlaczego sprawia to tyle przyjemności? czy to też nie jest trochę naiwne i może zbyteczne. Natura tak to sobie obmyśliła... tak? jaka natura i w jakim celu?

Teoria big bangu jest słuszna, ale celowość wielu aspektów naszego życia zaczyna byc watpliwa. czy jesteśmy dziełem przypadku?

Atrakcyjność, miłość itd., a co z przyjaźnią? Dlaczego KOCHAMY? Nawet samych siebie. Dążenie do przetrwania to jedno, ale skąd się bierze miłość i czym tak naprawdę jest? DLACZEGO jest?

Czy to wszystko nie jest równie naiwne jak sam Bóg i wiara w Niego?

Pewnie, że jest. Tylko w te wszystkie rzeczy nie musimy wierzyć, bo mamy je na codzień. Jakbyśmy poznali je dziś, to każdy by powątpiewał. Bóg jest dla nas zawsze czymś nowym i nie poznanym. Dlatego każdy z nas musi się zastanowić dlaczego wierzy, albo dlaczego wiarę odrzuca.

Miłość, przyjaźń, dobro, no i w końcu wiara, wypełniają nasze życie, nadają mu kolorów, łatwiej jest przetrwać, w rzeczywistości, w której jest zbyt wielu znaków zapytania.

Czy dlatego, że nie znamy odpowiedzi mamy odrzucać to, co może mieć na nas dobry wpływ. "Dobry" w sensie dobry dla nas, by nam i innym było łatwiej.

Pomyślmy, że Bóg wcale nie musi być dziadkiem sterującym wszechświatem z jakiegoś miejsca o nieprecyzyjnej nazwie "niebo". Może być jakąkolwiek siłą i mieć zupełni inną postać, niż my Go sobie wyobrażamy.

Jednak taka wizja Boga jest nam najbliższa i objawia się On nam właśnie w takiej formie, jaka jest dla nas najbardziej przystępna. Nie jest to zaprzeczeniem wiary,jaką podaje kościół, jednak daje podstawy by w końcu z pokorą pogodzić się z faktem, że człowiek nie zna odpowiedzi na wszystkie pytania, tym bardziej na temat swojego Stwórcy.

piątek, 09 listopada 2007
Czym jest miłość?

Czym dla Ciebie jest miłość?

Bez filozoficznej pomponady, bez eufemistycznych treści...

Czym tak naprawdę jest miłość?

Kiedy możesz powiedzieć, że kochasz i czy kochanie siebie samego to też miłość...

Czy jest potrzebna?

poniedziałek, 29 października 2007
Fundamentalne pytanie

Kościół bez Boga,

czy Bóg bez kościoła?

Prędzej czy później zatraca się wartość naszego wyboru, ale czy potrafimy utrzymać jedno i drugie bez spłycania istoty któregoś z nich?

jak wybieramy kościół, to Bóg przestaje po pewnym czasie być istotny, pomimo, że wydaje nam się iż jest odwrotnie. Skupiamy się na naszych podszytych hedonizmem egzaltacjach człowieka wierzącego - tego 'dobrego', czy nawet lepszego od innych, który już NA PEWNO wie, że jest na właściwej drodze.

Przynależność do kościoła i jego praktyk daje mu pewien rodzaj satysfakcji i zadowolenia z siebie. Cacy, grzeczny chrześcijanin, któremu po śmierci jeszcze za to zapłacą.

jak wybieramy Boga, a gniewamy się na kościół, to po pewnym czasie wartości niegdyś uważane przez nas za fundamentalne zaczynamy widzieć w innym świetle. Nie są to, jak straszy często kościół - skłonności do złego, bo człowiek prawy i trzymający się swoich zasad takim pozostanie; lecz niebezpieczeństwo tkwi gdzie indziej - ludzkie upodobanie do formy zaczyna tak czy inaczej nam tego Boga oddalać, bo przestajemy znajdować na Niego czas. Rozmywa się nam a wszystko zdaje się być takie relatywne.

Czy potrafimy utrzymać złoty środek?

piątek, 14 września 2007
wstydzę się wierzyć

Ostatnimi czasy wiara weszła w nową erę - rozwinęła się w dwóch kierunkach. Jeden z nich reprezentują rzesze młodych ludzi, szczycących się mianem Pokolenia JPII, drugi - uwypuklony przez zastępy ludzi, powiedzmy dojrzałych i solidnie dojrzałych, pod sztandarem Radia Maryja, które stało się ich swoistą, pejoratywnie kojarzoną, metką.

Szczerze powiedziawszy, sama jestem zdumiona i często wzburzona fanatycznym i nierzadko agresywnym zachowaniem i ortodoksyjnymi poglądami wyznawców Radia.

Głęboka potrzeba poszukiwania przewodników wiary u Słuchaczy, została skumulowana w taki, a nie inny sposób i niekoniecznie właściwie wykorzystana. Nie zamierzam jednak komentować religijnych praktyk tej licznej grupy ludzi... pamietajmy bowiem, że jeden deugiemu nie jest równy. Jedni są tolerancyjni i nie służą człowiekowi, tylko Bogu, a drudzy podążają za swoim il Duce i wierzą w każde słowo, nie koniecznie tylko w te, 'które pochodzi z ust Bożych'.

Fakt nienajlepszej opinii "Radiomaryjnego" ugrupowania wpływa negatywnie na młodego człowieka.

Jak już wspomniałam na wstępie, jest grupa ludzi JPII, którzy są z tego dumni, śpiewają infantylne piosenki na wzór Arki Noego, gromadzą się po oazach i innych stowarzyszeniach przykościelnych, ruchach odnowy, itp., czując usprawiedliwioną wyższość nad "tymi pozostałymi".

Broń Boże, nie zamierzam tu nikogo obrazić. Chcę pokazać, jak są widziani z zewnątrz.

Wyobraźmy sobie młodego człowieka, który ma wrażliwą duszę, poszukuje czegoś - jak każdy z nas - ale rzeczywistość mu tego nie dostarcza; nie ma jednak tak ukształtowanego charakteru, żeby brać innych ludzi za ręce, mówić im: bracie, siostro i śpiewać z nimi piosenki. Dla niego jest to głupie. TAK - zwyczajnie głupie. Nigdy tego nie robił i nie chce robić.

Nie będzie się zmuszał.

Czuje, że jest jakiś tam Bóg... ale w niego za bardzo nie wierzy... jemu nie wierzy...

- "żałosny bóg żałosnych ludzi..."

Nie obrażajmy się szybko.

On ma inną ekspresję wnętrza. Może woli ciemne ciuchy i ostrą muzykę... ale nie znaczy, że nie ma w nim Boga... A może po nim nawet nie widać, że jest zbuntowany. Może jego dotychczasowe doświadczenia i kontakty z ludźmi zachwiały jego wierze w istnienie Boga, jakiego my pojmujemy...

Może kościół do jakiego uczęszczał miał lewych pasterzy, którzy zamiast swoją miłością i oddaniem zapraszać do kościoła, raczej go odstraszyli...

Może my, wierzący uważamy się w stocie za lepszych i traktujemy wątpiących z góry, udaremniającym tym samym ich poszukiwania Boga...?

Możnaby zapytać, dlaczego kościół dzisiejszych czasów nie jest silny?

Śpiewaniem piosenek i gloryfikowaniem papieży nie sprawimy, że ktoś, kto nas spotka, a nie jest naszej wiary powie: macie fajnego Boga, chciałbym, żeby był i mój.

Albo: Tworzycie naprawdę zgraną grupę, chciałbym się przyłączyć.

Nie, w dzisiejszych czasach, określenie 'wiara', kojarzy nam się z moherowym berecikiem, z grupą oazyjną, zaniedbanymi dziewczynami, z negowaniem dbania o wygląd zewnętrzny, zaprzeczaniem naszej seksualności, pozbawianiem ludzi marzeń i magii.

Czy naprawdę sądzimy, że Bóg chciałby nam to wszystko odbierać? Czy nasze życie jest testem?

Dawnymi czasy, już od zarania dziejów, piękne niewiasty opisywane chociażby z Biblii, malowały twarze, różowiły policzki i używały całej masy olejków - znacznie częściej i więcej niż dzisiejsze kobiety. Skąd więc pomysł, że Bóg chce, by wyglądały jak kocmołuchy, tylko po to, by doceniono ich wnętrze?

Czy żona nie poda wybornej strawy swemu mężowi w najlepszym naczyniu? Czy poda mu w psiej misce, by docenił wyłącznie smak potrawy??

Nie można negować pięknych rzeczy stworzonych przez Boga dla ludzi tylko z obawy, że człowiek źle je wykorzysta... Wykorzysta jak wykorzysta - od tego ma wolną wolę i nie nam go oceniać.

Bóg też nas nie testuje, bo nas zna. Daje nam wszystko, byśmy uczyli się, a przez to doskonalili nasze dusze - i nie przez umartwianie, lecz przez dobre korzystanie z Jego darów dla nas.

Skoro my, wierzący nie umiemy właściwie podchodzić do życiowych problemów, to jak mają sobie poradzić ci, którzy deklarują się niewierzącymi?

Nie umiemy dawać świadectwa,

więc wciąż tak wiele osób wstydzi się wierzyć, bo to oznaka słabości.

Kościół jest słaby - jest słaby przez nas, bo wierzymy w emocjonalnym uniesieniu, nakręcając się zaraźliwą spontanicznością i radością, wspomagając piosenkami - impreza, jak narkotyk...

Ale czy w codziennym życiu też jestśmy tacy? Gdy spotykamy się z tymi "niewiernymi" i wątpiącymi? Czy okazujemy im chłód, wyższość i pogardę, gdy mówią nam w twarz, że Boga nie ma?

temat ten ma bardzo wiele aspektów, jednak zostawię to na inną okazję jeszcze...

poniedziałek, 09 kwietnia 2007
Mój Bóg...

Kim On jest?

Mój Bóg, mój i nikogo innego... tylko dla mnie...

Nie ma nic złego w tej dziecięco zaborczej miłości.

gdy mama częstuje cukierkiem inne dziecko, spoglądamy podejrzliwie, czy ono za bardzo nie poczuje się z nią związane, czy nie knuje kradzieży naszej kochanej mamy... ok, niech weźmie cukierka, ale broń Boże, niech się nie przytula...

Urocze z jednej strony, z drugiej podyktowane obawą, czy nam jej nikt nie odbierze.

Bóg prawdopodobnie przewidziawszy naszą miłosną zaborczość przemawia do nas indywidualnie. Zauważmy, że każdy z nas, nawet wśród będących tego samego wyznania, inaczej traktuje Boga. Jeden traktuje Go jak przyjaciela, brata, ojca, groźne bóstwo, czy czystą energię. Każdy człowiek ma Jego obraz wymalowany w duszy na miarę swojej psychicznej i mentalno-duchowej konstrukcji. Tak, mój Bóg.

Dlaczego więc wciąż chcemy pouczać innych jak mają wierzyć? Co z tego, że mój, Twój, nasz brat mówi na mojego, Twojego, naszego Boga - Allah, albo nie nazywa Go wcale, tylko twierdzi, że Bóg jest całkiem inny...

Nikt z nas tak naprawdę nie zna prawdziwego Boga... i niech nie pysznią się ci, którzy łudzą sie, iż Go poznali... Bóg objawia się im z miłości ale tylko tak, jak ich dusza tego potrzebuje... buddystom jako energia wszelkich żywych stworzeń, Hebrajczykom - jako Jahve, Muzułmanom - jako Allah..

Co więc z ateistami?

Dlaczego wciąż chcemy piętnować ludzi za ich przkonania religijne i za wiarę? Mówimy, że żyjemy miłością i jesteśmy tolerancyjni... czy ten ów 'ateista' nie umie kochać? czy nie pomoże potrzebującemu?

To jest właśnie Bóg w nim samym... wszystkie dobre i miłe odczucia i uczucia, jakie przeżywa, to jego obcowanie z jego Bogiem... może jego umysł jest zbyt pragmatyczny lub cyniczny, by personalizować Boga, może został zbyt zraniony w życiu, może zawiodła go nadzieja... ale jeżeli potrafi dostrzegać piękno i dobro, posługując się nimi w życiu... to jest w nim Bóg i to jest jego wiara i modlitwa...

Nie bądźmy więc małostkowi i ograniczeni twierdząc iż Bóg w swojej doskonałości nie potrafi dotrzeć do KAŻDEGO człowieka i mówić w języku jego duszy...

Pozwólmy każdemu mieć swojego Boga...

Chyba, że chcemy powtórzyć spektakularne wyczyny Świętej Inkwizycji, tylko że na mniejszą skalę... 

czwartek, 22 lutego 2007
jak to jest z tym dawaniem?

Zaczął się okres Wielkiego Postu... wielka rzecz! Tak naprawdę, idziemy w Popielec pobrudzić sobie głowy, a niektórzy z nas nawet nie myją jej przez jakiś czas, specjalnie na tę okazję. Co nam to daje?

Przecież przez następne 40 dni jesteśmy zapracowani, zajęci swoimi sprawami, że jedyne co pamiętamy, że nam nie wolno urządzać hucznych zabaw aż do świąt. W końcu karnawał się już skończył.

Modlitwa, post, jałmużna.

Ładnie brzmi, ale to nie jest proste. Wiara tak bardzo nam się kłóci z życiem doczesnym.

Kiedy złośliwa koleżanka Cię obmawia, albo przystawia się do Twojego chłopaka. Kiedy jesteś zrezygnowany i zmęczony życiem, a koledzy zapraszają na flaszkę - masz ochotę zapomnieć. Kiedy wiele rzeczy boli w żyiu... kto przejmowałby się czymś tam nakazanym z ambony?

To przecież tylko słowa.

Prawie nikomu nie idzie dobrze z modlitwą, choć nie wszyscy są skłonni się do tego przyznać. Jeszcze ciężej wychodzi nam odmawianie sobie czegokolwiek, co sprawia nam przyjemność.

Dobrze jest ćwiczyć sobie charakter. Jeżeli jednak w tym momencie nie widzisz sensu, by to robić. Nie rób. Nic na siłę. Bóg nie chce, żebyś się zmuszał.

Pomyśl, jakbyś się czuł, gdyby bliska osoba robiła coś dla Ciebie z żywą niechęcią, ale tylko dlatego, żeby mieć spokój, nie mieć wyrzutów sumienia, że nie zrobiła, albo że długo prosiłeś.

Takich darów, chyba nikt nie chce. Bóg tym bardziej.

Zatem: jałmużna. To całkiem nieładne słowo. Kojarzy się z okazywaniem łaski i zazwyczaj z dawaniem tego, co nam zbywa.

Jednak pod tym pojęciem kościół prawdopodobnie ma na myśli dzielenie się z bliźnimi.

Znowu napompowane hasło. Jednakże nie tak trudne do zrealizowania, jakby się wydawało.

Po pierwsze, jeżeli dajemy to powinniśmy dawać tak, jakbyśmy nie dawali ("niechaj twoja ręka lewa nie wie co czyni prawa")

To może być drobiazg. Drobiazgi zazwyczaj mają największe znacznie. Rzeczami materialnymi znacznie łatwiej się podzielić, niż zwykłą życzliwością.

Im więcej trudu Ci sprawi zrobienie czegoś dla kogoś, ma tym większą wartość, bo prawdopodobnie niewielu by się na to zdobyło, co tym samym zmniejszało prawdopodobieństwo wystąpienia tego uczynku.

Chociażby widzisz sąsiadkę z zakupami. A niech sobie idzie! Albo... skoro idziecie w tym samym kierunku... pewnie sama dałaby radę, może nawet nie są tak ciężkie. Może nie będzie umiała się zachować i Cię będzie zbywać... nie jesteśmy przyzwyczajeni do życzliwości, prawda? Ale... uśmiechnie się w duchu: ktośmi pomógł.

Takie właśnie dawanie jest dotykiem Bożego anioła. Ty się nie liczysz w tym. Bóg zapamięta wszelkie Twoje dobre czyny i odpłaci Ci w wielu sytuacjach, że możesz nawet nie zdawać sobie z nich sprawy. Ale nie myśl o sobie, jako o ofiarodawcy,bo to wtedy będzie 'jałmużna', a litości nikt nie lubi.

Nawet jeżeli czujesz, że nie do końca robisz coś z właściwych pobudek (np. pomagasz komuś kogo lubisz i chcesz by spojrzał na Ciebie łąskawiej, albo chcesz poczuć, że robisz coś dobrego) nie rezygnuj. Zawsze lepiej zrobić coś dobrego, niż tego zaniechać z obawy przed egoistycznymi przesłankami.

W tym okresie nie powinniśmy się katować i umartwiać. wystarczy, że damy cząstkę siebie innym. I tym lepiej, im trudniej nam będzie się przełamać. Bo każdy kolejny raz będzie łatwiejszy, a my będziemy się rozwijać w kierunku bezinteresownej miłości. 

Dodatkowo, będziemy stawać się silniejsi. Dawanie siebie innym, to jak odsłanianie piersi w czasie walki. Na to mogą sobie pozwolić tylko najlepsi i najodważniejsi wojownicy, pomyślmy też czasem nad tym...

niedziela, 05 listopada 2006
ech nieszczęsna miłość moja...

Tak często i tak bardzo pragniemy by ta miłość, która nam się właśnie przydarzyła była tą jedyną, prawdziwą.

Bardzo często nie chcemy poddawać jej próbie czasu czy rozsądku, zakrzykując głosik gdzieś w środku nas, że to jest teraz naprawdę i nie możemy jej stracić. Trochę jak kapryśne dziecko, chcemy teraz zaraz i pełną porcję.

Moglibyśmy rozpatrywać tę kwestię w kategoriach wiary.

'kto chce zachować swoje życie - straci je, a kto straci swoje życie z powodu nauk Jezusa, zachowa je na wieki'

Nie oznacza to oczywiście, że Bóg od nas wymaga drastycznych decyzji i sposobów na życie. To napomnienie dotyczy wyłącznie uszeregowania sobie pewnych rzeczy, zaczynając od tego, co najważniejsze.

Boży psikus polega na tym, że poznając prawdziwą istotę Jego woli, otrzymujemy wszystko, a nawet więcej od tego, z czego dla Niego jesteśmy w stanie zrezygnować.

Tak naprawdę, to On pragnie jedynie usłyszeć: tak, potrzebuję Cię, nie zamierzam układać sobie życia po swojemu, tylko chcę byś w nim uczestniczył.

Podobnie jest z miłością. Zatrzymując coś na siłę nie jesteśmy w stanie przekonać się, czy to jest to, co dla nas będzie najlepsze, nie tylko w wymiarze, który my postrzegamy, ale znacznie głębszym, którego jako ludzie nie jesteśmy w stanie pojąć. Często godzimy się na kompromisy, a najgorsze jest że nawet nie z ukochaną osobą, tylko sobą samym. Broniąc się przed samotnością udajemy, że to jest najlepsze rozwiązanie.

Dzięki rezygnacji z takiej miłości jesteśmy w stanie dostrzec gdzie jest nasza miłość prawdziwa.

Na pocieszenie złamanymsercom powiedzieć mogę, że test miłości, zaproponowany w poprzedniej notce dotyczy nas samych, nie osoby, którą kochamy.

Miłość moi drodzy nie jest taka prosta, uczymy się jej przez całe życie. Ponadto prawdziwa miłość rodzi miłość, gdyż taka jest jej natura i może skruszyć nawet najbardziej zatwardziałe serce.

Polecam hymn do miłości napisany przez Pawła apostoła w I liście do Koryntian.

Nie oceniajmy zatem, ale kochajmy szczerze nie szukając korzyści, a odnajdziemy więcej niż spodziewaliśmy się znaleźć.

środa, 13 września 2006
Smutek

Myślę, że nie znajdzie się osoba, której ten problem by nie dotyczył.
Jakże często słyszymy (nawet sami od siebie): "jest mi źle, nic mi się nie chce, jestem do niczego, nikt mnie nie kocha, nie umiem już kochać, zaczynam wszystkiego nienawidzieć"...
takie myśli czychają na nas na każdym kroku, bo wystarczy, że nasz organizm jest przemęczony, a nasza miłość własna nie była dokarmiana od jakiegoś czasu... i zaczynają się problemy.
Wiele osób znajduje remedium w pracy, niektórzy w alkoholu, rozrywce, czy krótkotrwałym zaspakajaniu potrzeb afiliacyjnych przez spotkania ze znajomymi, lub krótkotrwałe hedonistycznie zorientowane romanse.
Gorzej tylko jak zostajemy ze sobą sam na sam...
Wtedy znów jesteśmy ze swoimi myślami i naszym poczuciem beznadziejności.
Teraz powinno nastąpić zapewne przedstawienie cudownego środka zaradczego - przynajmniej powinniśmy tego oczekiwać... bo skoro powyższe sposoby nie skutkują, to choć przez przyzwoitość muszę podać jakieś mądre rozwiązanie, skoro podejmuję się tego tematu, prawda?
Niestety moi drodzy, nie znam leku na poczucie bznadziejności i smutek... i o ile się orientuję, to nie istnieje żadne remedium.
Wszelkie psychoterapie leczące depresje, skupiają się na innym podejściu do aktualnego problemu. Lecz czy każdego z nas stać na psychoterapeutę?
I nie mówię o wartości finansowej wyłącznie. Ktoś obcy będzie z freudowskim zaangażowaniem grzebać w naszych intymnych sprawach, by finalnie zawyrokować o winie naszych rodziców, bądź też mówić rzeczy,których nie jesteśmy w stanie zaakceptować.
Nie mówię 'nie'. Niech będzie, że wszystko dla ludzi. Jeżeli komuś to pomaga, to świetnie dla niego, ale co z pozostałymi?
Co z tymi, którzy każdego dnia gasną coraz bardziej, tracąc siły do życia?
przyznaję, że nie posiadam rozwiązania jak pozbyć się smutku, ale wiem że możemy decydować o tym, w jaki sposób go przyjmiemy, co w paradoksalny sposób wpływa na jego wymiar.
Jeżeli każdego dnia żyjemy pogrążeni w rozpaczy i powtarzamy sobie (nawet nieświadomie) jakie wszystko jest do kitu... mamy marne szanse na wyjście z tego.
Z drugiej strony, jestem absolutnie przeciwko sloganom typu: będzie dobrze, wyjdzie słońce, dam radę... jeżeli służą one uciszaniu wewnętrznego głosu i de facto oszukiwaniu siebie.
Bowiem z jednej strony mamy tendencję do użalania się nad sobą, a z drugiej pocieszamy się na siłę, oszukując się i w efekcie nic nie działamy.
Dlaczego tak się dzieje?
Otóż winę ponosi nasze krótkowzroczne, nieperspekywiczne myślenie.
Już tłumaczę o co chodzi. Załóżmy, że rzuciła cię dziewczyna lub zawaliłeś rok na studiach. Oddajesz się w ramiona rozpaczy, bo świat się dla ciebie skończył.
Ostatnio pewien młody człowiek odebrał sobie życie właśnie z powodu problemów na studiach. Do tej pory szło świetnie, nagle problem i świat się kończy.
Czy aby na pewno?
Zastanów się jakie jest twoje marzenie. Co chciałbyś jeszcze zrobić. Pamiętaj o myśleniu perspektywicznym. Chcesz ukończyć studia medyczne - zawalenie roku jeszcze cię nie dyskwalifikuje. Zastanów się jeszcze jakie masz możliwości. Może studiowanie za granicą, a może jeżeli się przyłożysz to przegonisz tych, co obecnie są od ciebie lepsi... a może nie chodzi o studia, tylko prywatną pratykę? nie odpowiada ci kierunek studiów - zmień.
Dziewczynę, która cię rzuciła - kochasz. Cóż... mogła zrobić to z różnych powodów.
Jeżeli to 'ta jedyna', to prawdopodobnie będziesz miał jeszcze szansę, ale widocznie to jeszcze nie wasz czas... jeżeli jednak to nie 'ta', to idź dalej, bo ta 'twoja' gdzieś na ciebie czeka i szkoda, żebyś marnował czas na inną.
Pierwsza zasada radzenia sobie ze smutkiem:
- zaakceptuj go. nie ma co się oszukiwać i tłumić go na siłę. Masz prawo być smutny i przygnębiony. Zdarzyło się coś przykrego - masz prawo zapłakać. Jeżeli jesteś mężczyzną - płacz, bo to ci nie ujmie męskości. Ujmie ci jej wstydzenie się tej naturalnej fizjologii. czy wstydzisz się, że niektóre rzeczy sprawiają ci przyjemność? tak samo nie wstydź się swoich wzruszeń. hamowanie uczuć i emocji jest tylko okłamywaniem siebie.
Druga zasada:
- jak już zaakceptujesz fakt, że masz prawo się smucić, miej w świadomości, że masz go tylko na chwilę, że tak naprawdę spełnienie twoich marzeń nie jest wcale uzależnione od tego pojedynczego incydentu. tak naprawdę są tysiące innych dróg do celu. musisz tylko uzbroić się w cierpliwość i chcieć czegoś dobrego w swoim życiu.
Wtedy nawet smucąc się będziesz mieć w świadomości, że to jest tylko chwilowe, że to jest jak gorzka pigułka w życiu. Planując dalej w przyszłość, będziesz miał więcej sił by nie oddać się w bezczynne ramiona rozpaczy.
To jest bardzo wygodne podejście, choc nieraz nie zdajemy sobie z tego sprawy - jestem do niczego, nic mi się nie udaje, więc nie muszę nic robić,bo wiem, że i tak mi nie wyjdzie.
Smutek świadomie przyjmowany, nie wydaje się już tak bardzo nie do zniesienia, a działania służące realizacji naszych planów tym bardziej służą ukojeniu.

środa, 06 września 2006
O chrześcijańskim powołaniu do walki z misiami /cd2
Rozdział 2: O chrześcijańskim powołaniu do walki z misiami

(fragment: ks.Pawlukiewicz P.:
"Porozmawiajmy spokojnie o tych sprawach".
Oficyna Wydawnicza Liberton Warszawa 1998)

Któż z nas tego nie przeżywał. Może stałeś na przeciwko srogiego pana dyrektora w jego gabinecie, bo właśnie pani biologiczka (zazwyczaj są to biologiczki, choć nikt nie wie, dlaczego) złapała cię po raz kolejny na paleniu papierosów w szatni. Dyrektor głosi właśnie kazanie z przykładami na temat: "Szkodliwy wpływ palenia nikotyny na psychofizyczny rozwój młodego człowieka", a twój rozum ci mówi: "Tylko spokojnie, tylko spokojnie. Pogada, pogada i mu przejdzie. Potem za karę posprząta się ze dwa razy pracownię biologiczną i po problemie". Rozsądek podpowiada ci taką taktykę i jeszcze sugeruje, by rzucić parę słów, że ty już nigdy, że to ostatni raz. Jednak dyrektor nie wiadomo dlaczego tak głośno krzyczy, że lekko tym podenerwowany odpalasz w pewnym momencie: "A pan dyrektor jak chodził do szkoły, to nigdy nie palił?!". Natychmiast reflektujesz się, że palnąłeś karkołomne głupstwo, sam się sobie dziwisz, jak te słowa przeszły ci przez usta, ale jest już za późno. Oszołomiony dyrektor przez chwilę krzyczy jeszcze głośniej, że to bezczelność, że koniec żartów, że masz przyjść z rodzicami, że cię wyrzuci ze szkoły. Afera się robi niesamowita, a ty zupełnie nie potrafisz odpowiedzieć kolegom w szatni, po coś się tak "dyrciowi" postawił. Planowałem po prostu przeczekać, ale mnie te nerwy tak podpuściły. I znowu pędzel maznął tak, jak chciał.
Przykłady można by mnożyć. Nie dotyczą one jedynie relacji międzyludzkich. Ta walka rozumu, rozsądku z ciałem może toczyć się w zupełnej samotności. Na przykład wieczorem, przy otwartej lodówce. Zjadłeś w dzień chyba z kilogram zielonych jabłek. Trochę za dużo, ale były takie dobre i same wchodziły do ust przy oglądaniu telewizji. Teraz jednak bardzo ci się chce pić. Otwierasz więc lodówkę, a tam uśmiecha się do ciebie apetycznie szklaneczka zsiadłego mleka. Odruchowo wyciągasz rękę, ale rozum mówi ci: "Moment! Zaczekaj! Zielone jabłka plus zsiadłe mleko?! Z tego może wyjść prawdziwe paliwo rakietowe. Lepiej zrób sobie herbaty". Na toTwoje ciało z wyraźną niechęcią: "Herbaty? Ojej, przecież to trzeba by gotować wodę, a potem herbata jest gorąca i trzeba by ją studzić. E tam, herbata. Wezmę sobie tylko ze dwa łyki tego mleka i już." Planowane dwa łyki jakoś się przedłużają i po chwili szklanka jest pusta. Pocieszasz się, że masz zdrowy żołądek i pewnie nic ci nie zaszkodzi, ale potem okazuje się, że, jak śpiewał jeden z polskich zespołów rockowych, "ta noc do innych jest niepodobna". I znowu nasze ciało wzięło górę nad rozumem. I jest tak wtedy, gdy u cioci w gościach, narażając się na kompromitację, zsuwasz z półmiska co lepsze kąski na swój talerz. Kiedy przed ważną klasówką tracisz cały dzień, leżąc przed telewizorem. Kiedy mówisz do swojej dziewczyny: "tak się wczoraj złaziłem, że nóg nie czuję", i słyszysz w odpowiedzi: "ale ja czuję". Zawsze potem jesteś na siebie wkurzony i mówisz sobie, że musisz się wziąć za siebie, że koniec z tym obżarstwem, lenistwem i brudem, że bierzesz się w garść, ale nierzadko zaraz potem znów musisz mozolnie zmagać się ze swoim ciałem.
Ten problem dotyczy wszystkich. Nawet najwięksi święci przeżywali go niekiedy bardzo boleśnie. Już święty Paweł pisał w Liście do Rzymian: "Wiemy przecież, że Prawo jest duchowe. A ja jestem cielesny, zaprzedany w niewolę grzechu./.../ Jestem bowiem świadom, że we mnie, to jest w moim ciele, nie mieszka dobro; bo łatwo przychodzi mi chcieć tego, co dobre, ale wykonać - nie. Nie czynię bowiem dobra. /.../ A zatem stwierdzam w sobie to prawo, że gdy chcę czynić dobro, narzuca mi się zło. Albowiem wewnętrzny człowiek we mnie ma upodobanie zgodne z prawem Bożym. W członkach zaś moich spostrzegam prawo inne, które toczy walkę z prawem mojego umysłu i podbija mnie w niewolę pod prawo grzechu mieszkającego w moich członkach. Nieszczęsny ja człowiek! Któż mnie wyzwoli z ciała, co wiedzie ku tej śmierci?"( Rz 7, 18 - 24). I tak oto całe chrześcijańskie życie polega w dużym stopniu na walce z misiami. Z tymi misiami, które są na służbie naszego ciała. A spotykamy zawsze te natrętne zwierzątka wtedy, kiedy przychodzi nam do głowy, że mi się chce jeść, mi się chce leżeć, mi się nie chce nic robić. I po to Bóg dał nam rozum, byśmy dosłownie toczyli z nimi bój na śmierć i życie. Bo od tego, czy pokonamy swój egoizm, czy nauczymy się kochać, zależy nasze życie wieczne. Czy będzie to życie w stanie zbawienia, czy w wiecznej samotności i tym dramatycznym, bolącym egoizmie, jakim jest stan potępienia.

23:12, charih , SEX
Link Dodaj komentarz »
sobota, 02 września 2006
O chrześcijańskim powołaniu do walki z misiami cd
Rozdział 2: O chrześcijańskim powołaniu do walki z misiami

(fragment: ks.Pawlukiewicz P.:
"Porozmawiajmy spokojnie o tych sprawach".
Oficyna Wydawnicza Liberton Warszawa 1998)

Ale żeby człowiek mógł się tutaj przez te kilkadziesiąt lat tej miłości uczyć, Bóg dał mu narzędzia i pracownię. To niezbyt ścisłe porównanie, ale narzędziem nazywam tu właśnie ludzkie ciało. Mówię, że to nieścisłe, ponieważ ciało nie jest czymś oddzielnym od człowieka, ciało to właśnie on sam. Proszę zwrócić uwagę, że nie mówimy: "ale się dzisiaj moje ciało źle czuje", ale raczej wyznajemy: "ja się dzisiaj źle czuję". Nie powiemy do kogoś: "nie bij mojego ciała" tylko" nie bij mnie". Jestem człowiekiem, czyli jestem i duszą, i ciałem. Ale zależność jest tu właśnie taka, że dusza wyraża się przez ciało i w tym zjednoczeniu z ciałem doskonali się. Pracownią zaś dla każdego człowieka jest cały świat. Czy wyobrażasz sobie, że zamykamy młodego malarza w pustym pokoju, w którym nie ma ani sztalug, ani płótna, ani farb, ani pędzla, i mówimy mu: "proszę teraz rozwijać tu swój talent malarski"? Na pewno usłyszelibyśmy odpowiedź: "jak mogę się artystycznie rozwijać bez wszystkich koniecznych malarskich akcesoriów"? I podobnie jest z miłością. Aby nauczyć się kochać człowieka, a przez to i samego Stwórcę, potrzebujemy czegoś, co pomoże nam nawiązać, wyrazić i rozwijać przyjazną relację z inną osobą. Potrzebujemy więc rąk, by dla niego pracować, ust by mówić mu dobre słowo, kwiatów, by wyrazić mu swoje uczucia, zboża, by upiec dla niego chleb. Jest rzeczą niemożliwą, by ktoś kogoś kochał bez uśmiechu, bez konkretnej pomocy, bez życzliwego gestu i dobrego słowa. Każdy dobry uczynek, gest, słowo ma swoje źródło w ludzkiej duszy, ale wyrażany jest w wymiarze materialnego świata. Dzięki niemu może zaistnieć pomiędzy nami tak zwana komunikacja miłości. I po to mamy ciało.
Z naszym ciałem, które w pewnym sensie możemy porównać do swego rodzaju narzędzia, sprawa jest jednak nieco bardziej skomplikowana. Oto wyobraź sobie, że właśnie wziąłeś do ręki pędzel, by realizować swoje twórcze pragnienia. Właśnie malujesz powolutku, starannie, zaciskając przy tym nieco wargi, wspaniałą linię horyzontu nad spokojną taflą morza, aż tu nagle trach! Pędzel sam, zupełnie przez ciebie nie naciskany, poleciał do góry, potem w dół i znów do góry, i zamiast wspaniałego obrazy na płótnie widnieją okropne bohomazy. Czy dałoby się pięknie malować takim nieposłusznym, trudnym do utrzymania w ręku pędzlem? Na pewno nie. Otóż z ciałem rzecz ma się podobnie. Budzisz się rano, za oknem jest piękna pogoda, która wprawia cię w znakomity nastrój. Nawet nie wiesz skąd rodzi się w twoim sercu ogromne pragnienie bycia dobrym człowiekiem. Po prostu chcesz być dobrym. Na początku świetnie ci się udaje i to nawet wobec osób, które niełatwo jest kochać. Brata pierwszego wpuszczasz do łazienki, choć w zasadzie mógłbyś go wyprzedzić na ostrym finiszu w przedpokoju. Do mamy uśmiechasz się, choć zaczyna dzień od narzekania, że znowu wczoraj nie przyniosłeś tych słoików z piwnicy. Wychodzisz z domu i grzejesz się w porannych promieniach słońca, idziesz ulicą, lekko pogwizdując, i w takim szampańskim nastroju docierasz na przystanek autobusowy. Tu pierwsza chmurka przysłania twój bajeczny nastrój - na przystanku jest niezły tłumek ludzi. Pewnie jakiś autobus wcześniej wyleciał z trasy. Zaczynasz chłodno kalkulować: "Jak przyjedzie mój numer, to pewnie będzie zapchany. Przede mną sporo ludzi, chyba się na niego nie załapię. Następny autobus będzie za kwadrans. Do szkoły od biedy bym zdążył, jadąc tym drugim, co jedzie na okrągło, ale przecież planowałem jeszcze odpisać spokojnie w szatni zadanie z algebry." Twoje rozmyślania przerywa widok nadjeżdżającego autobusu. Jest rzeczywiście nieźle zatłoczony. Tłumek, w którym stoisz, zaczyna falować. Ty zastanawiasz się co robić. Tak się zastanawiasz, zastanawiasz, że nawet nie zauważasz, jak twoje łokcie zaczynają dyskretnie, ale za to efektywnie pracować. Najpierw bez problemu i skutecznie eliminujesz dwie dziesięcioletnie dziewuszki. Potem zręcznie mijasz starszego pana, który rozpaczliwie mówi: "ludzie, ludzie nie pchajcie się tak!". I kiedy drzwi autobusu są już całkiem blisko, na twojej drodze staje korpulentna niewiasta, która stanowczo nie daje za wygraną. Pewnie też się jej gdzieś spieszy, choć zapewne nie do szatni, żeby odpisać matmę. Wspomniana paniusia próbuje zdobyć autobus techniką coś jakby taranowania, ale ty wykorzystując smukłą sylwetkę swego ciała i pod jej łokciem wślizgujesz się do autobusu. Wyprzedzonej damie twój manewr zupełnie się nie spodobał, wspomina coś uniesionym głosem o braku kultury współczesnej młodzieży, ale wkrótce cichnie, bo w końcu i jej udało się załapać do grona szczęśliwych pasażerów odjeżdżającego z trudem autobusu. Przyciśnięty do szyby setką ciepłych kilogramów współpasażerki, cieszysz się z osiągniętego sukcesu, ale... w sercu robi się smutno. Widzisz bowiem pozostające na przystanku dwie małe dziewczynki, starszego dziadka, który coś tam jeszcze klaruje pewnej pani, dziwisz się sobie. Przecież niejednokrotnie sam mówiłeś znajomym, że nie znosisz chamstwa na ulicy, że wkurzają cię zawsze ci cwaniacy, którzy wszędzie chcą wchodzić bez kolejki, a teraz jakoś ty sam... Usprawiedliwiasz się przed sobą, że to ta matma, że to była wyjątkowa sytuacja, ale kac moralny jakoś nie przechodzi. I pytasz się sam siebie: "A właściwie jak to się stało? Przecież nie planowałem takiej akcji. Dziwne. Zupełnie tak jakoś samo przyszło. Chciałem wymalować cały dzień barwami serdeczności i dobroci, aż tu na samym początku taki kleks. Ech, te moje łokcie. Muszę na nie uważać". I uważasz. Aż do następnego razu...

12:59, charih , SEX
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3